<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?oxygen RNGSchema="NKJP_structure.rng" type="xml"?>

<teiCorpus xmlns:xi="http://www.w3.org/2001/XInclude" xmlns="http://www.tei-c.org/ns/1.0">
 <xi:include href="NKJP_header.xml"/>
 <TEI>
  <xi:include href="header.xml"/>
  <text>
   <group>
    <text decls="#bibl-1" xml:id="text-1">
     <front>
      <docTitle>
       <titlePart type="main" xml:id="titlePart-1">Bilans otwarcia</titlePart>
      </docTitle>
     </front>
     <body>
      <div type="article" xml:id="div-1">
       <p xml:id="p-1">Osiem lat po upadku komunizmu, po normalizacji stosunków z Izraelem, po przyjęciu ustawy o stosunku państwa do gmin żydowskich i licznych politycznych burzach, polscy Żydzi nie muszą się już bać o przetrwanie. Mogą wreszcie przyjrzeć się sami sobie: ilu ich jest, jacy są, czego pragną? </p>
       <p xml:id="p-2">Na naszej okładce wiceprzewodniczący gminy we Wrocławiu Jerzy Kichler ogląda plany odbudowy odzyskanej wreszcie Synagogi Pod Bocianem. Jakie jest żydostwo polskie pod koniec tego najstraszliwszego wieku?</p>
       <p xml:id="p-3">Poniedziałek, wieczór. Kilkanaście osób spotkało się w katowickim klubie TSKŻ.</p>
       <p xml:id="p-4">– Normalnie jest nas ze dwa razy więcej – mówi doktor Halina, szczupła brunetka, lekarka z katowickiego szpitala. – Ale strajk komunikacji zablokował miasto.</p>
       <p xml:id="p-5">KATOWICE – PRZY HERBACIE</p>
       <p xml:id="p-6">Przyszli więc ci, którzy mieszkają niedaleko. Albo mają samochód, jak Gutmanowie. Albo którym tak bardzo zależy, że jak Marzena, dwudziestoparoletnia urzędniczka, przyjechali mikrobusem, okazją, na łebka, żeby posiedzieć i wypić razem herbatę. Na pierwszy rzut oka nie bardzo wiadomo, na czym im tak zależy.</p>
       <p xml:id="p-7">W klubie jest smętnie. Ściany wyłożono sklejką pomalowaną na ciemny brąz. Wycięte z kartonu, przylepione do sklejki litery składają się na kategoryczne hasło: “Poznaj Izrael”. Pod hasłem wielbłąd z izraelskiego plakatu zachęca do wycieczki na pustynię Negew i nad</p>
       <p xml:id="p-8">Morze Czerwone. Do odwiedzin w klubie zachęcać ma chyba tablica ogłoszeń na drzwiach stołówki. Przypięte komunikaty nie zachęcają jednak do niczego.</p>
       <p xml:id="p-9">– To jedyne miejsce, gdzie mogę być z innymi Żydami – mówi Marzena. Nie, w pracy nic nie wiedzą. I nie dowiedzą się, nawet jeśli przeczytają “Midrasz”: Marzena prosi, żeby nie podawać jej prawdziwego imienia. </p>
       <p xml:id="p-10">Trzydziestoletnia doktor Halina prosi o to samo. – Mogliby mnie rozpoznać – mówi zaniepokojona. – Tego się bardzo boję.</p>
       <p xml:id="p-11">Raz się zdarzyło, że przez omyłkę zostawiła na biurku zaadresowany list do jednej z żydowskich instytucji w Warszawie. – Całą noc nie spałam. Rano przychodzę do pracy i oddziałowa z takim dziwnym uśmieszkiem mówi: “A pani doktor to wczoraj list zostawiła na biurku” – doktor Halina zawiesza głos. – Nikt nic nie powiedział. Może nawet nie zauważyli. Ale boję się i tak.</p>
       <p xml:id="p-12">Boi się też mama Krzysztofa, studenta medycyny, który do klubu zaczął przychodzić niedawno. </p>
       <p xml:id="p-13">– Odkryłem swoje korzenie, no i chcę się czegoś więcej dowiedzieć. Uczę się hebrajskiego. U siebie w pokoju mam menorę, izraelskie plakaty. Jak ktoś przychodzi, od razu wie. </p>
       <p xml:id="p-14">Mama mówi, żebym uważał, bo wychodząc z klubu mogę dostać w łeb.</p>
       <p xml:id="p-15">W łeb musiałby dawać ktoś dobrze poinformowany. Na budynku nie ma żadnej tabliczki. Jedynie malutka karteczka przy dzwonku na dole informuje, że mieści się tu TSKŻ. A może TSKZ – kropka nad “z” jest zatarta. Mogłoby tu być równie dobrze Towarzystwo Studentów Katolickich Zagłębia. Na drzwiach do klubu tabliczka informuje jedynie, że mieści się tam “Sekretariat”. Czego – nie wiadomo. Sekret.</p>
       <p xml:id="p-16">Nie wszyscy tak strzegą sekretu. Pan Leon Gutman ma warsztat naprawy telewizorów. Sąsiedzi mówią, że to warsztat “u Żyda”. Nie miał z tego powodu większych kłopotów. Nie miał ich także jego syn Seweryn, tegoroczny maturzysta, który osiem lat temu jako pierwszy od lat na Górnym Śląsku – jak dotąd jedyny – miał bar micwę. – Nie, koledzy się nie czepiają. Dlaczego? –dziwi się. – Jest normalnie.</p>
       <p xml:id="p-17">Normalnie jest też w klubie, gdzie ludzie rozmawiają przy herbacie o swoich sprawach. Nie o tym, czy się boją, czy nie boją, ani też o żydowskiej tożsamości. Opowiadają sobie natomiast o kłótniach, podróżach do Izraela, o nowych ciuchach i starych znajomych. Środowiskowe ploteczki.</p>
       <p xml:id="p-18">Obchodzi się wielkie święta. Na kursy hebrajskiego przychodzi kilkanaście osób, na spotkaniach z kimś z zewnątrz bywa więcej zainteresowanych.</p>
       <p xml:id="p-19">Kolejne polityczne burze, które w latach powojennych wstrząsały losem polskich Żydów, na Górnym Śląsku miały nieco łagodniejszy przebieg. Nawet marzec 1968 r. – może dlatego, że najbardziej wówczas narażona na represje żydowska inteligencja była tu stosunkowo nieliczna – nie doprowadził do załamania się struktur i instytucji. Przetrwała i gmina, i TSKŻ.</p>
       <p xml:id="p-20">Dlatego zapewne klub TSKŻ, mimo smętnego wystroju, sprawia wrażenie zasiedziałego i swojskiego. Na święta pęka w szwach, przychodzi tam wówczas około osiemdziesięciu osób. W klubie spotykają się członkowie i świeckiego TSKŻ, i gminy. Antagonizm obu organizacji, wywodzący się jeszcze z konfliktów światopoglądowych lat pięćdziesiątych, wyraźnie osłabł.</p>
       <p xml:id="p-21">Od kilku lat gminą kieruje Feliks Lipman, bardzo aktywny na rynku nieruchomości w Katowicach. Jako pełnomocnik spadkobierców kilku żydowskich rodzin, które przed wojną miały w mieście domy i place, przejął administrację kilku dochodowych kamienic w śródmieściu. Część pieniędzy, zgodnie z wolą spadkobierców, trafia do specjalnie utworzonej fundacji charytatywnej, finansującej pomoc medyczną i socjalną dla potrzebujących członków gminy.</p>
       <p xml:id="p-22">LUBLIN – IZBA PAMIĘCI</p>
       <p xml:id="p-23">Wojna dramatycznie zmieniła żydowską mapę Polski. Wyludniły się obszary na wschód od Wisły, tradycyjna ojczyzna polskich Żydów. Żydowskie metropolie, jak Lublin czy Białystok, straciły na znaczeniu, a po exodusie końca lat sześćdziesiątych już nie mogły się podnieść. Dziś żydowski Lublin jest już tylko przeszłością.</p>
       <p xml:id="p-24">– Sytuacja wygląda tragicznie – mówi Luba Matraszek, sekretarz lubelskiego TSKŻ. – W naszym oddziale są 22 osoby, niemal wszyscy chorzy lub bardzo chorzy. Jest tylko ośmiu mężczyzn, więc nie ma minianu. Wśród naszych Żydów nie ma ani jednego rodowitego lublinianina. Gmina nie funkcjonuje już od kilku lat, święta obchodzimy w TSKŻ. </p>
       <p xml:id="p-25">Matraszek uważa jednak, że w mieście jest duże zainteresowanie kulturą żydowską. – To naturalne – sądzi Ewa Kipta, architekt w Urzędzie Miasta – skoro ciągłość historyczna została tu naruszona w mniejszym stopniu niż gdzie indziej. Jest więc zainteresowanie Żydami tam, gdzie ich już prawie nie ma, ale gdzie co krok znajduje się ślady żydowskiej obecności. Od lat osiemdziesiątych wmurowuje się tablice pamiątkowe na dawnych żydowskich budynkach czy w miejscu dawnej, zniszczonej przez nazistów, dzielnicy żydowskiej. Wielka w tym zasługa mieszkającego w Warszawie lublinianina, doktora Symchy Wajsa. Początkowo działał samotnie. Za jego sprawą w samym centrum miasta stanął w 1963 r. Pomnik Pomordowanych Żydów Lubelskich. W latach osiemdziesiątych Wajs współtworzył Towarzystwo Opieki nad Żydowskimi Zabytkami Lublina. – Byłem tam jedynym Żydem – wspomina. Żydówką nie jest studentka filozofii Agnieszka Nowak, która “z sentymentu i z zainteresowania” dwa razy w tygodniu dyżuruje w Izbie Pamięci, w dawnej bóżnicy. – Czasem nie przychodzi tu nikt, ale bywają dni, że mamy po kilkunastu odwiedzających – mówi. – Przychodzą żydowscy turyści z zagranicy i zainteresowani kulturą żydowską lublinianie. </p>
       <p xml:id="p-26">Fascynacje żydowską przeszłością i kulturą – z konieczności – niewiele mają wspólnego z życiem żywych Żydów. </p>
       <p xml:id="p-27">WROCŁAW – ZA DOBRZE POSZŁO</p>
       <p xml:id="p-28">We Wrocławiu miało być inaczej. Aktywność środowiska młodszego pokolenia Żydów, skupionego wokół dynamicznie działającej gminy, miała pokazać, że ciągłość jest możliwa.</p>
       <p xml:id="p-29">– No i wyszło – mówi wiceprzewodniczący gminy Jerzy Kichler. – Aż za dobrze wyszło. Wyedukowaliśmy kilku znakomitych, aktywnych ludzi, a oni tak mocno się przejęli żydowską tożsamością, że w ciągu ostatnich kilku lat wyjechali do Izraela. Ubiegłego lata wyjechała Małka Lewkowicz, ostatnia z rodziny, która robiła tutaj świetną robotę. Od jesieni mamy dołek.</p>
       <p xml:id="p-30">Dołek rzecz względna. Na święta przychodzą nadal tłumy. W Rosz haSzana było 250 osób, na Chanukę 130. Ale codzienna działalność wyraźnie kuleje. Na tłumnych niegdyś kolacjach szabatowych bywa po kilka osób. Na lektorat hebrajskiego przychodzi codziennie kilku uczestników.</p>
       <p xml:id="p-31">Kichler, który przyjechał kilkanaście lat temu do Wrocławia z Krakowa, jest głównym sprawcą wcześniejszego ożywienia. Z pasją studiuje i praktykuje </p>
       <p xml:id="p-32">judaizm. Pasją tą zaraża innych. Bez niego i pomocy finansowej Fundacji Laudera nie byłoby wrocławskiego ożywienia. Liczby są wymowne. W 1993 r. do gminy we Wrocławiu należały 43 osoby. Dziś 180. </p>
       <p xml:id="p-33">Na początku gmina niechętnie odnosiła się do jego nowinek. Kichler założył wówczas hawurę – oficjalnie zarejestrowane Bractwo Poznawania Judaizmu, w którego działalności uczestniczyło kilkadziesiąt osób. Po kilku latach gmina uznała, że lepiej połączyć siły i środki – Kichler został jej wiceprzewodniczącym, zaś hawura faktycznie zakończyła działalność. Gmina wrocławska, jako jedyna w Polsce, ma we władzach nie tylko nieortodoksyjnego wiceprzewodniczącego, ale i kobietę – doktor Martę Ostern. Jedynie we Wrocławiu można należeć do gminy, jeśli się jest Żydem tylko po ojcu, a nie – czego wymaga halacha, żydowskie prawo religijne – po matce. Wystarczy, jeśli “Żyd po mieczu“ złoży ustne zapewnienie, że pragnie dokonać w przyszłości formalnej konwersji. Trudno tu nie myśleć o tym, że to właśnie we Wrocławiu, ponad 150 lat temu, powstał reformowany nurt judaizmu. Choć przybyli po 1945 r. nowi mieszkańcy Wrocławia, w tym Żydzi, nie mają ze swoimi niemieckimi poprzednikami nic wspólnego, najwyraźniej wciąż działa jakiś niewidzialny genius loci.</p>
       <p xml:id="p-34">Ale i genius loci nie wystarczy, by odtworzyć szeregi, przerzedzone wyjazdem najaktywniejszych. W soboty czasem trzeba poczekać na minian.</p>
       <p xml:id="p-35">Na spotkania w gminie przychodzi jednak po kilkanaście osób – Żydów z pochodzenia lub po prostu zainteresowanych. – Także i takich, którzy chcą dostać żydowskie papiery, żeby wyjechać do Izraela, albo liczą na to, że dostaną coś ze zwrotu mienia, choć nigdy ich się wcześniej w gminie nie widziało – zauważa Jakub Gordon, członek zarządu gminy. Z obiadów w koszernej stołówce codziennie korzysta też około 20 osób. A gdy jest jakaś bardziej atrakcyjna impreza, na przykład, gdy przyjechał śpiewający rabin Boruch Brenner, przyszła niemal setka i sala pękała w szwach.</p>
       <p xml:id="p-36">– Jak odbudujemy synagogę – mówi Kichler – będzie lepiej.</p>
       <p xml:id="p-37">Walka o odzyskanie Synagogi Pod Bocianem trwała lata. Nie wiadomo jeszcze, jak długo potrwa odbudowa i czy uda się zgromadzić odpowiednie fundusze. Ale kiedy budynek zostanie przywrócony do dawnej świetności, to zapewne ludzie, którzy dziś nie garną się do gminy, będą ją częściej odwiedzać.</p>
       <p xml:id="p-38">– Bo teraz jest u nas bida z nędzą, ciasno i smutno, a ludzie nie chcą się identyfikować z niepowodzeniem – mówi Kichler i nie sposób nie przyznać mu racji. Wiceprzewodniczący ma ambitne plany. Pragnie, na mocy ustawy o stosunku państwa do gmin żydowskich, odzyskać nie tylko synagogę, lecz sąsiadujący z nią budynek gminny. W jego części mieszczą się dziś biura gminy, resztę zajmują mieszkania.</p>
       <p xml:id="p-39">– Tu można założyć koszerną restaurację, może sklep, ale przede wszystkim jest miejsce na szkołę – Kichler, z zawodu budowlaniec, pochyla się nad planami budynku. – A jak będzie szkoła, to cała reszta też ruszy. Widoków na założenie przedszkola raczej nie widzę: we Wrocławiu jest dość miejsc w przedszkolach i nikt nie będzie woził dzieciaka na drugi koniec miasta tylko dlatego, że dziecko jest żydowskie i przedszkole też. Ale ze szkołą byłoby inaczej.</p>
       <p xml:id="p-40">Ile tych żydowskich dzieci jest we Wrocławiu – dokładnie nie wiadomo. Na prowadzone co dwa tygodnie przez Lenę Zajączkowską spotkania koła młodych TSKŻ przychodzi od lat około dwudziestu licealistów. – Tracimy ich, gdy</p>
       <p xml:id="p-41">idą na studia – mówi Zajączkowska – ale myślę, że część potem wróci. Żydostwo jest dla nich czymś oczywistym. Czasem spotykamy się ot tak, czasem rozmawiamy o żydowskich nowościach wydawniczych. </p>
       <p xml:id="p-42">Na początku lat dziewięćdziesiątych część młodzieży TSKŻ-owskiej przeszła do gminy, co spowodowało w środowisku rozłam. Inaczej niż w Katowicach, we Wrocławiu TSKŻ i gmina pozostają nadal w dość wyraźnym konflikcie. Ale zarazem istnieje między nimi osobliwa unia personalna – na przykład historyk sztuki Anatol Kaszen jest we władzach obu instytucji. Wrocławscy Żydzi tłumaczą te konflikty osobistymi animozjami i zaszłościami. </p>
       <p xml:id="p-43">Kichler, który w latach osiemdziesiątych obracał się w środowiskach opozycyjnych, wspomina, jak ówczesny przewodniczący TSKŻ Henryk Robak nie wyraził w 1987 roku zgody na urządzenie obchodów Rosz haSzana czy spotkania z izraelskim zespołem “Szalom”. – Napisaliśmy wówczas – mówi Kichler – list protestacyjny do władz Towarzystwa, który przeciekł do drugiego obiegu. Nagle stosunek do nas zmienił się na lepsze.</p>
       <p xml:id="p-44">– U nas w TSKŻ są sami Żydzi i tym się różnimy od gminy – zastrzega na wstępie Robak, obecnie sekretarz wrocławskiego TSKŻ. – Zresztą gmina, w której nie ma minianu do modlitwy, w ogóle nie ma prawa istnieć.</p>
       <p xml:id="p-45">TSKŻ, liczący we Wrocławiu około 220 członków, organizuje obchody Dnia Kobiet i szykuje się do setnej rocznicy powstania Bundu. Było spotkanie z kompozytorem Leopoldem Kozłowskim i prelekcja o Joincie. – Dla nas bardzo ważne jest to, że część każdej imprezy jest w jidysz – mówi Robak, ale sam przyznaje, że osób mówiących po żydowsku jest coraz mniej. Robak zaangażował się bardzo w walkę o odzyskanie budynku Teatru Kameralnego, zbudowanego przez Żydów po wojnie na siedzibę Teatru Żydowskiego, a przejętego w latach siedemdziesiątych przez państwo w niejasnych okolicznościach. – Nie chcemy wyrzucać Kameralnego – zastrzega się Robak – ale gdy nasze prawo zostanie uznane, to w zamian za teatr chcemy w rekompensacie otrzymać budynek, w którym teraz zajmujemy tylko jedno piętro.</p>
       <p xml:id="p-46">Działalność TSKŻ wspiera między innymi jubiler Romuald Krieger. Krieger ma 50 lat i złote serce. Niektórzy mówią “diamentowe” – no bo jakie ma mieć właściciel “Studia Diament”, najpoważniejszej firmy jubilerskiej na Dolnym Śląsku? Sam Krieger jednak inwestuje w ludzi. Jest synem jedynego ocalałego z wojny członka bogatej rodziny Żydów krakowskich, który po wojnie przyjechał na Dolny Śląsk, do Strzelina. Marzec spędził w areszcie domowym, już pierwszego dnia wywołany przez ojca przed bramę Politechniki. Odtąd wystrzegał się polityki. Z instytucjami żydowskimi zetknął się dopiero w latach siedemdziesiątych, gdy we Wrocławiu wstąpił do TSKŻ. Ale polityka dogoniła go i tak. Gdy w 1976 roku chciał wyjechać z narzeczoną do Izraela, odmówiono mu paszportu, a Politechnika nie przedłużyła asystenckiego kontraktu. Nagle musiał znaleźć nowy pomysł na życie. Z ulubionego grania na pianinie i gitarze we wrocławskich klubach rodziny by nie utrzymał. Wiedział o kamieniach więcej niż inni – mieszkał przecież kiedyś w Strzelinie – i został szlifierzem. Od 20 lat zajmuje ten sam mały lokal, z którego wyrosło imperium. Czuje potrzebę pomagania innym Żydom. – Gdy mnie ktoś poprosi, daję – mówi – ale nie mam czasu chodzić i rozdawać. Chciałby założyć we Wrocławiu fundację charytatywną. – Pomaganie innym jest dla mnie chlebem powszednim, bez tego nie wyobrażam sobie teraz życia. </p>
       <p xml:id="p-47">Młodych ludzi dawniej zrzeszał wrocławski oddział Polskiej Unii Studentów Żydowskich. Jego przewodniczący Maciej Wełyczko trafił na łamy prasy w całej Polsce, gdy po sławetnym kazaniu księdza Henryka Jankowskiego w 1993 roku złożył do prokuratury doniesienie o przestępstwie. Ale potem w PUSŻ doszło do rozłamu i działalność we Wrocławiu zamarła. </p>
       <p xml:id="p-48">Trzy lata temu, z inicjatywy Kichlera, wrocławska gmina wystąpiła do położonych w pobliżu świątyń chrześcijańskich – katolickiej, ewangelickiej i prawosławnej – o utworzenie Dzielnicy Tolerancji. Początki były trudne, wierni nieufni wobec innych. Teraz już nikogo nie dziwi ogłoszenie gminy żydowskiej na tablicy ogłoszeń katolickiej parafii św. Antoniego czy wspólna modlitwa chrześcijan i Żydów w synagodze. </p>
       <p xml:id="p-49">– To trudna, zdemoralizowana dzielnica – mówi ksiądz Jerzy Żytowiecki, proboszcz od św. Antoniego. Tolerancji uczył się od dziecka: w wałbrzyskiej podstawówce należał do katolickiej mniejszości. – Wybijali szyby w synagodze, wybili też w kościele podczas mszy. Wspólne zagrożenia zaczęły nas łączyć.</p>
       <p xml:id="p-50">– Co my z tego mamy? Nic – mówi ks. Roman Peron z parafii ewangelicko-augsburskiej. – Co chcemy z tego mieć? Też nic. Po prostu ważne jest, żeby się zbliżać.</p>
       <p xml:id="p-51">DZIERŻONIÓW – WYBITE SZYBY</p>
       <p xml:id="p-52">Na Dolnym Śląsku Żydzi popadają w coraz większą izolację. Zaraz po wojnie Dzierżoniów był po prostu żydowskim miasteczkiem. Tu docierały transporty repatriantów zza Buga, tu zatrzymywali się ocaleni Żydzi, którzy wiedzieli, że w swoich miasteczkach na Mazowszu czy w Galicji nie mają już do czego wracać. Niemiecki rzemieślnik, który po Nocy Kryształowej 1938 roku otrzymał od władz miasta synagogę, przekazał ją nowo przybyłym Żydom w nienagannym stanie. – Pamiętam, jaki był tłum w Pesach 51 lat temu – mówi przewodniczący TSKŻ Mojżesz Jakubowicz. – Synagoga nie mieściła ludzi, stali na zewnątrz. Wtedy na ulicach słychać było głównie jidysz i szyldy też były żydowskie. Ale w 1957 r. zaczęło się wykruszać, a 1968 r. to był gwóźdź do trumny. Nie było komu już nie tylko synagogę wypełniać, ale wręcz utrzymywać. Nabożeństwa przenieśliśmy do TSKŻ. W 1984 r. dzierżoniowscy Żydzi podjęli decyzję o przekazaniu synagogi władzom miasta, z zastrzeżeniem, że może być wykorzystywana wyłącznie do celów kulturalnych. Władze rozpoczęły w 1985 r. remont, który trwał do 1992 roku. Wówczas nowy burmistrz zaproponował, żeby zamiast, jak zamierzano, na Muzeum Ziemi Dzierżoniowskiej z działem żydowskim, przeznaczyć synagogę na sklep mięsny. Radni jednak odrzucili projekt. </p>
       <p xml:id="p-53">Od tej pory budynek znów popada w ruinę. Straszą powybijane szyby, co tydzień są włamania, choć ze środka nie ma już czego wynosić.</p>
       <p xml:id="p-54">Wszędzie na Dolnym Śląsku napotkać można ślady żydowskiej bytności – tej sprzed wojny i tej powojennej. Cmentarze albo straszą obrabowanymi grobami jak w Świdnicy, albo – rzadziej – uderzają schludnością jak w Dzierżoniowie. Tam przewodniczący gminy i przewodniczący TSKŻ płacą z własnej kieszeni po 25 złotych miesięcznie pracownikowi, który utrzymuje na cmentarzu porządek. W obu miasteczkach pozostało zaledwie po trzydziestu Żydów.</p>
       <p xml:id="p-55">LEGNICA – MOŻNA SIĘ ZAŁAMAĆ</p>
       <p xml:id="p-56">Nawet gdy gmina jest nieliczna i słaba, może trawić ją konflikt. W Legnicy od lat trwa wojna między dwoma odłamami: jeden skupia się wokół istniejących władz gminy, drugi – wokół Lejba Szklara, głównego krytyka kolejnych administracji. Szklar oskarża kolejne władze gminne o nadużycia gospodarcze i odstępstwa od zasad wiary. Twierdzi, że porcje w stołówce są niedoważane, a dotacje Jointu wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem lub po prostu defraudowane. Rozsyła po kraju i zagranicy listy, przestrzegające przed “cwaniakami wykorzystującymi dobroczynność dla swojej prywatnej kiesy”. Szklar i jego zwolennicy żądają interwencji władz w Warszawie, organizują demonstracje w Związku Gmin.</p>
       <p xml:id="p-57">Atakowani urzędnicy odrzucają zarzuty, wyjaśniają sprawę rzekomych defraudacji. Szklar jednak nie ustępuje. Żąda odpowiedzi na piśmie na swoje kolejne listy. Żąda nowych wyborów do władz. Jego adwersarze oskarżają go o kupowanie głosów. Poprzedni przewodniczący gminy Michał Cimmer latem ubiegłego roku załamał się psychicznie i zrezygnował ze stanowiska. Mianowany przez Zarząd Główny p.o. przewodniczącego Jerzy Spektor został natychmiast przez Szklara zaatakowany za niewłaściwe pochodzenie: jest Żydem jedynie ze strony ojca. Po kilku miesiącach kampanii złożył rezygnację. 16 marca w Legnicy odbyły się nowe wybory. Gmina w Legnicy liczy 39 osób. – Trzydzieści siedem – poprawia Szklar. – Spektora i jego żony nie liczymy.</p>
       <p xml:id="p-58">WARSZAWA – ALE MAJĄ DOBRZE</p>
       <p xml:id="p-59">Warszawa ma synagogę, o jakiej marzy Jerzy Kichler. Warszawa ma Teatr Żydowski, który kiedyś siedzibę miał we Wrocławiu. Warszawa ma klub TSKŻ jak w Katowicach, ale weselszy. Warszawa ma nawet Symchę Wajsa z Lublina. Warszawa ma też żydowską szkołę i przedszkole, więcej przyjezdnych niż Lublin i więcej konfliktów niż Legnica. Warszawa ma po prostu szczęście.</p>
       <p xml:id="p-60">W najgorszych latach, po 1968, gdy na prowincji oddziały TSKŻ i gminy zawieszały działalność, w Warszawie nadal istniał i Teatr Żydowski, i Żydowski Instytut Historyczny. Wychodziło “Fołks Sztyme” i modlono się w zrujnowanej salce obok niszczejącej synagogi. Pod pomnikiem Bohaterów Getta co roku</p>
       <p xml:id="p-61">19 kwietnia musiały być jakieś kwiaty. To fakt, że Teatr i Instytut były po marcowych czystkach szczątkowe, że “Fołks Sztyme“ niewiele się różniło od “Trybuny Ludu”, a minianu często brakowało. Ale jakieś żydowskie życie mimo wszystko jednak się tliło. Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych Żydzi mogli trochę odetchnąć, odetchnęli przede wszystkim w Warszawie. Tu marzec 68 nie wszystko zniszczył. To, co się tu działo, było też bardziej widoczne: wieści z Warszawy szły w świat, z Katowic czy Dzierżoniowa – nie. A władze, coraz bardziej nie radzące sobie z narastającym kryzysem, nie chciały być w dodatku oskarżane o antysemityzm. W Warszawie powstał w 1979 roku Żydowski Uniwersytet Latający i tu zainstalowała się w dziesięć lat później Fundacja Laudera. </p>
       <p xml:id="p-62">W 1989 r. powstało żydowskie przedszkole. Pieniądze i opiekę dała Fundacja Laudera, pomysł był Gołdy Tencer. Po kilku latach tułania się po wynajętych mieszkaniach przedszkole znalazło siedzibę w budynku gminy na Twardej. Niektórzy rodzice obawiali się tych przenosin. Tłumaczyli, że dziadkowie, odbierając dzieci z miejsca tak jednoznacznie żydowskiego, będą czuli się skrępowani. Okazało się jednak, że nikt na Twardą nie krępuje się chodzić, lista oczekujących rośnie. Przedszkole przyjmuje zresztą nie tylko dzieci Żydów – polskich czy przyjezdnych, choćby z izraelskiej ambasady. Zgłaszają się też rodzice – Polacy, których zwabiła renoma przedszkola lub którzy po prostu chcą, by ich dzieci zapoznawały się z różnorodnością.</p>
       <p xml:id="p-63">Jeżeli zresztą rodzice mieliby się czegoś bać, to nie przemocy wobec dzieci, lecz “wywrotowej roboty“ prowadzonej przez ich dzieci w domu. Domu z reguły zasymilowanym i świeckim, w który dzieci wnoszą wiedzę o tradycji, hebrajskie piosenki czy chałki pieczone na piątek. Pod wpływem dzieci rodziny stają się niepostrzeżenie bardziej żydowskie. – Żydostwo, jak się okazuje, można dziedziczyć nie tylko po ojcu czy matce, lecz także po synu czy córce – śmieje się rabin Michael Schudrich z Fundacji Laudera. Decyzja, by posłać dziecko do żydowskiej szkoły, wiąże się zwykle z silnym poczuciem tożsamości żydowskiej.</p>
       <p xml:id="p-64">A mimo to szkoła Lauder-Morasha, istniejąca od trzech lat, też ma długą listę oczekujących. – Pod presją rodziców trzeba było założyć klasę czwartą i piątą, choć dzieci, które uczą się w szkole od początku, doszły dopiero do trzeciej – mówi dyrektorka szkoły Helise Lieberman z Nowego Jorku.</p>
       <p xml:id="p-65">Tylko ona jest w szkole Amerykanką. Uczą polscy Żydzi i Polacy nie-Żydzi, według programu, który obok minimum wymaganego przez Ministerstwo Edukacji obejmuje zajęcia z historii i kultury Żydów oraz informatykę, hebrajski i angielski. Szkoła gnieździ się w wynajętym domku. Fundacja Laudera gotowa jest wybudować nowy budynek, ale pragnie, by miasto przekazało działkę za darmo. Wziąwszy pod uwagę, że w Warszawie było przed wojną ponad dwieście żydowskich instytucji oświatowych, po których pozostały grunty, a niekiedy i budynki, nie wydaje się to roszczeniem wygórowanym. Miasto już działkę obiecało, ale realizacja porozumienia ugrzęzła z powodu komplikacji prawnych.</p>
       <p xml:id="p-66">Budynek na Twardej 6, w którym do 1983 r., kiedy zakończono remont synagogi imienia Nożyków, mieściła się sala modlitewna i zarząd gminy, jest obecnie siedzibą rozmaitych instytucji żydowskich. Budynek niemal przylega do synagogi. Przed wojną mieściła się tam żydowska przychodnia, mała fabryka metalowa i inne jeszcze instytucje.</p>
       <p xml:id="p-67">Dziś na parterze znalazło miejsce przedszkole, biuro Fundacji Laudera (która wynajmuje budynek od gminy żydowskiej i w całości go wyremontowała) oraz służący różnym organizacjom klub Bejtejnu. Na piętrze jest przedstawicielstwo Jointu, Polska Unia Studentów Żydowskich, Stowarzyszenie “Dzieci Holocaustu”, Związek Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, utworzona przez Stevena Spielberga “Survivors of the Shoah Visual History Foundation”, dokumentująca relacje świadków Zagłady, koszerna stołówka, dwa żydowskie biura podróży: Shalom i Our Roots, oraz redakcje “Jidełe” i “Midrasza”.</p>
       <p xml:id="p-68">Synagoga i biuro Związku Gmin jest za oknami, Teatr Żydowski, siedziby TSKŻ, Sochnutu – Agencji Żydowskiej, Fundacji Shalom – tuż obok, do ŻIH jest 15 minut spacerkiem. Jeszcze bliżej jest Fundacja Nissenbaumów. Autobus dowożący dzieci do szkoły odjeżdża spod pobliskiej Sali Kongresowej. Z instytucji żydowskich jedynie Forum Żydowskie, zrzeszające inteligencję średniego pokolenia, nie ma siedziby w tej okolicy, a to dlatego, że nie ma jej wcale. Cały ten żydowski świat tętni życiem – i czasem można zapomnieć, że Żydów jest niewielu.</p>
       <p xml:id="p-69">A liczby są nieubłagane. Do wszystkich żydowskich organizacji w Polsce należy łącznie niewiele ponad pięć tysięcy ludzi. Średnia wieku członków najważniejszych z nich – TSKŻ, Gminy, Związku Kombatantów – staje się coraz wyższa. Organizacje te niewiele też robią, by pozyskać nowych członków. Rodzice dzieci z przedszkola i szkoły ani młodzież nie wstępują do nich. Brakuje przywódców, osób z charyzmą i organizacyjnymi zdolnościami, które potrafiłyby pociągnąć innych za sobą. Dlatego też tak cenne są wszelkie inicjatywy przełamujące marazm.</p>
       <p xml:id="p-70">Przełom w życiu Grażyny Sary Pawlak nastąpił w 1989 r., kiedy związała się ze Stowarzyszeniem Żydowski Instytut Historyczny. Wychowała się w Koszalinie, mieście, w którym nie było Żydów. O swym pochodzeniu wiedziała od zawsze. Jednakże dopiero gdy została członkiem Stowarzyszenia, uświadomiła sobie, jak jest jej bliski żydowski świat dziadków. – Dopiero gdy dotknęłam murów budynku, w którym mieści się Instytut, kiedy wzięłam do ręki zgromadzone w nim książki i pamiątki, naprawdę poczułam, że jestem Żydówką. Chciała też zrobić coś dla młodszych członków żydowskiej społeczności. W 1989 r. założyła więc żydowski klub sportowy Maccabi. – Było mi żal, że ginie tak piękna tradycja. Chciałam, aby i w Polsce młodzież żydowska mogła należeć do tej organizacji o zasięgu światowym. Wkrótce także polska flaga zawisła podczas Makabiady w Izraelu. W 1991 r. została wicedyrektorem ŻIH. Całe serce wkłada w projekt utworzenia Muzeum Historii Żydów Polskich. – Czuję się wyróżniona, mogąc współrealizować to przedsięwzięcie. Uważa, że takie muzeum jest potrzebne i Polakom, i całej Europie, gdyż zapełni lukę w obrazie życia żydowskiego na ziemiach polskich. Młodym Żydom, przyjeżdżającym coraz tłumniej do Polski, pokazuje się tylko Auschwitz. Wyjeżdżają stąd przeświadczeni, że świat ich dziadków to tylko Oświęcim i Holokaust. – Jest takie powiedzenie chasydów, że aby zmienić przyszłość, trzeba być godnym spadkobiercą przeszłości. Idea tworzenia Muzeum będzie, miejmy nadzieję, wypełnieniem tej mądrości – mówi Pawlak.</p>
       <p xml:id="p-71">Polskie życie żydowskie toczy się w znacznym stopniu poza instytucjonalnymi ramami. Wiele osób przychodzi na kolacje szabatowe do gminy, spotkania w TSKŻ, imprezy w klubach Fundacji Laudera czy po prostu interesuje się swoimi korzeniami i życiem żydowskim, lecz do żadnej organizacji nie należy i należeć nie chce. Dlatego tak trudno jest wyrobić sobie obraz całości, która w dodatku zupełnie inaczej prezentuje się z perspektywy Lublina czy Dzierżoniowa, inaczej – Katowic, Wrocławia czy Warszawy, a jeszcze inaczej – Poznania czy Gdańska. Tych dwóch miast do niedawna na żydowskiej mapie Polski nie było.</p>
       <p xml:id="p-72">POZNAŃ – GMINA U SIEBIE W DOMU</p>
       <p xml:id="p-73">W Poznaniu istnieje zarówno gmina wyznaniowa, filia gminy w Katowicach, jak i oddział TSKŻ. Liczą zaledwie po kilkanaście osób, najczęściej starszych. Szefem gminy jest Jerzy Beryt, a sekretarzem TSKŻ Leopold Sokołowski. Obie organizacje działają wspólnie, a zarazem kameralnie – żadna nie ma własnego lokalu. Spotkania odbywają się najczęściej u pana Beryta, który na biuro gminy zaadaptował całe piętro swego domu. Jego marzeniem jest stworzenie otwartej i światłej gminy. Już teraz trafia do niego wiele osób w średnim wieku, bywa, że z wysokimi tytułami akademickimi, zainteresowanych życiem żydowskim. Coraz liczniej pojawia się młodzież. Jedna ze studentek jest stałą korespondentką pisma “Jidełe”, inni szukają dopiero miejsca dla siebie.</p>
       <p xml:id="p-74">– Starsze pokolenie odwołuje się wyłącznie do Zagłady – mówi Beryt, historyk sztuki i doświadczony muzealnik. Mimo iż pochodzi z całkowicie zasymilowanej, mieszanej rodziny (ojciec – łódzki Żyd, matka Niemka), myśli o religijnym wychowaniu jedynej, dwunastoletniej córki. Chce przygotować ją do bat micwy.</p>
       <p xml:id="p-75">Gmina ma także inne zmartwienia. – Do niedawna – mówi Beryt – nasza gmina była filią zaprzyjaźnionej gminy w Żarach. Wielu starszych Żydów jeździło nawet na święta do Żar. Od roku Żary są filią gminy we Wrocławiu, nas zaś podporządkowano Katowicom. Rozrywa to wieloletnie związki, a Katowice niezbyt się też nami interesują.</p>
       <p xml:id="p-76">Na najbliższym Walnym Zjeździe Gmin Wyznaniowych Żydowskich Poznań będzie się domagał przyłączenia do gminy wrocławskiej. Gmina jest jeszcze zbyt mała, by mieć samodzielny status.</p>
       <p xml:id="p-77">GDAŃSK – NOWY CUD</p>
       <p xml:id="p-78">Po 1968 r. życie żydowskie na Pomorzu zamarło. Dlatego też dwa lata temu sensację wzbudziła wieść, że gdańscy Żydzi zorganizowali seder dla kilkudziesięciu osób. Rok temu w Gdańsku powstała gmina żydowska. Kilka miesięcy temu gmina wydała pierwszy numer swego </p>
       <p xml:id="p-79">pisma “Jesteśmy”. Trudno o lepszy przykład odbudowy gminy.</p>
       <p xml:id="p-80">Z dziesięciotysięcznej gminy gdańskiej wojnę przeżyły 22 osoby. Po wojnie niemieckich mieszkańców miasta wygnano, na ich miejsce przyjechali przesiedleńcy zza Buga, wśród nich wielu Żydów. </p>
       <p xml:id="p-81">Mimo to jedyną ocalałą synagogę, we Wrzeszczu, władze komunistyczne przeznaczyły na szkołę muzyczną, a cmentarz żydowski zamknięto. Jedyną oficjalną organizacją żydowską był działający do 1967 roku TSKŻ.</p>
       <p xml:id="p-82">– Ale na jednym ze spotkań w 1967 r. – wspomina Jakub Szadaj, dziś przewodniczący gminy – kazano nam potępić Izrael. Kim jestem, by potępiać Izrael – pomyślałem i wyszedłem. Wszyscy wyszli, to był spontaniczny protest. Wtedy władze zlikwidowały Towarzystwo.</p>
       <p xml:id="p-83">Gmina długo działała nieoficjalnie, zarejestrowano ją dopiero w 1993 roku. Dziś liczy 173 członków. Odrodziła się dzięki przewodniczącemu. Jakub Szadaj jest właścicielem sieci barów i firmy budowlanej, ze swoich dochodów finansuje dużą część działalności gminy.</p>
       <p xml:id="p-84">– Starsi boją się czasem, że gdzieś padną ich nazwiska – mówi Szadaj. – Ja nie przeżyłem tak strasznych rzeczy jak oni i nie mam prawa ich krytykować, ale od młodych oczekuję, żeby – skoro już deklarują się jako Żydzi – otwarcie uczestniczyli w żydowskim życiu. Wszyscy – kombatanci, TSKŻ, gmina – i tak działamy wspólnie. Na przykład Michał Samet </p>
       <p xml:id="p-85">organizuje nam życie religijne.</p>
       <p xml:id="p-86">W latach dziewięćdziesiątych powstał klub. Szybko jednak musiał zmienić siedzibę, bo sąsiadom przeszkadzały głośne śpiewy. Teraz gmina wynajmuje dwupokojowe mieszkanie.</p>
       <p xml:id="p-87">– Organizujemy tam – mówi Szadaj – szabaty, które co jakiś czas odbywają się także w prywatnych mieszkaniach. Do klubu można przyjść codziennie, posiedzieć, porozmawiać, wypić kawę, czy nawet coś zjeść. Są też lekcje hebrajskiego, jidysz, angielskiego. Chcemy przyciągnąć młodych ludzi. Staramy się robić wszystko koszernie i smacznie. </p>
       <p xml:id="p-88">– Stworzyliśmy Radę Koordynacyjną wszystkich organizacji żydowskich w Gdańsku: gminy, TSKŻ, Fundacji Laudera – kontynuuje Szadaj. – Obecnie najważniejsze jest odzyskanie synagogi we Wrzeszczu. Będzie tam klub, kuchnia dla najbiedniejszych i miejsce na modlitwę. Władze miasta obiecały, że gmina wkrótce otrzyma na stałe dwa pomieszczenia w synagodze. Na razie można korzystać z nich tylko w niedzielę (!). – Mimo że dyrekcja szkoły muzycznej jest do nas nieprzychylnie nastawiona – mówi Szadaj – umieściliśmy tam naszą skrzynkę pocztową. Władze lokalne są nam życzliwe i do odzyskania synagogi i cmentarzy brakuje nam tylko zatwierdzenia ustawy. Otrzymaliśmy też dotację na gazetę.</p>
       <p xml:id="p-89">– W Polsce jest tak, że są synagogi, a nie ma minianu; u nas jest odwrotnie: jest minian, a nie ma synagogi – konkluduje.</p>
       <p xml:id="p-90">ŁÓDŹ – STRACH</p>
       <p xml:id="p-91">Poznań czy Gdańsk niedawno wróciły na żydowską mapę Polski, Łódź czy Kraków były tam zawsze, ale ich blask przygasł. Dzisiaj to tylko cienie dawnej świetności.</p>
       <p xml:id="p-92">W pierwszych latach powojennych Łódź była “żydowską stolicą Polski”. Dziś gmina w Łodzi liczy jedynie 130 osób. Od kilku lat liczba jej członków jednak już nie maleje, a nawet pojawiają się “młodzi”, czyli ludzie poniżej czterdziestki. Modlą się w odremontowanej przez Fundację Laudera po pożarze w 1987 r. Wielkiej Synagodze przy ulicy Rewolucji 1905 roku (d. Południowej). Jest ich jednak za mało na minian. Minian jest zaś w dawnej chasydzkiej bóżnicy przy Zachodniej, gdzie przychodzą się modlić starsi łódzcy Żydzi. Młodzi i starzy niewiele mają styczności. </p>
       <p xml:id="p-93">– Teoretycznie warunki są tu lepsze niż w Warszawie – mówi Maciej Hen z klubu Fundacji Laudera. – Gdy się otworzy książkę telefoniczną, to od razu się trafia na żydowskie nazwiska. Ale jak raz rozesłaliśmy zaproszenia do klubu pod adresy “telefoniczne”, przyszła tylko jedna osoba.</p>
       <p xml:id="p-94">Za to konflikty między organizacjami żydowskimi nie są tu takie ostre jak gdzie indziej. Członkostwo w TSKŻ i w gminie w znacznym stopniu się pokrywa, na wielkie święta przychodzi po 60 – 70 osób. W obu synagogach modlitwy prowadzi Simcha Keller, wiceprzewodniczący gminy, jedyny w Polsce młody kantor. – Jeżeli żydowskie instytucje lub firmy, zainteresowane także utrzymaniem żydowskiej tradycji, nie będą zatrudniać młodych Żydów: prawników, animatorów kultury, urzędników, za godziwe wynagrodzenie, to nie będzie tu żadnej przyszłości – uważa Keller. Jego zdaniem oni po prostu odejdą gdzie indziej, gdzie ich żydowska tożsamość w końcu zaniknie. – Ale polskie organizacje żydowskie nie mają na to pieniędzy, a zagraniczni Żydzi inwestują zbyt rzadko. To problem nie tylko w Łodzi, ale w całej Polsce – konkluduje Keller. W Łodzi bardziej niż gdzie indziej namiętności rozpala sprawa restytucji mienia. Przed wojną około 60 proc. nieruchomości w mieście było prywatną własnością Żydów. Tych obecna ustawa jednak nie obejmuje. Gmina dopiero przygotowuje listę restytucyjną, przez siedem lat toczyła walkę o odzyskanie budynku przy ul. Pomorskiej 18. Według ksiąg wieczystych budynek należy do gminy. Nikt inny nie rościł sobie do niego praw, ale łódzka delegatura Ministerstwa Skarbu Państwa, powołując się na jakieś nieścisłości formalne, nie chciała oddać budynku gminie. Jest to duży, bardzo piękny pałacyk – dawna siedziba rabina. Po wojnie znajdował się tu wydział chemii fizycznej Uniwersytetu Łódzkiego; teraz pałacyk stoi pusty i wymaga już gruntownego remontu. Gmina odzyskała go dopiero w ostatnich dniach i zamierza przenieść tam swoja siedzibę. </p>
       <p xml:id="p-95">Gmina jest też właścicielem 11 hektarów ziemi na osiedlu Radogoszcz, kupionej kiedyś pod nowy cmentarz. Stoją tam teraz bloki mieszkalne. Także na dawnym cmentarzu przy Zachodniej stoją domy; ocalał tylko mały fragment muru. Wiadomo też, że istniało w Łodzi osiem szkół żydowskich, dwie mykwy – dopiero się ustala, co tam teraz jest. </p>
       <p xml:id="p-96">Skandaliczna jest sytuacja w oddalonych o 20 km od miasta Brzezinach. W latach siedemdziesiątych tamtejszy burmistrz wydał decyzję o przekształceniu żydowskiego cmentarza w kopalnię piasku budowlanego. Ściany wielu bloków, wybudowanych przy użyciu piasku z Brzezin, zawierają więc ludzkie kości. W miejscowości Szadek – mimo protestów gminy – rok temu sprzedano synagogę na warsztat samochodowy.</p>
       <p xml:id="p-97">Sprawa restytucji mienia zaogniła w Łodzi nastroje antysemickie. Powróciły telefony z pogróżkami, synagoga jest znów przedmiotem napaści. Urywane są klamki, przecinane kraty w oknach. Napisy: “Żydzi do gazu”, “Żydzi precz z Polski” pojawiają się właściwie stale. W połowie marca po raz pierwszy od lat napadnięto na synagogę podczas nabożeństwa – grupa podpitych młodzieńców usiłowała wtargnąć do środka, groziła dozorcy pobiciem. Gmina wystąpiła do policji o stałą ochronę; w przeciwnym razie wierni będą się bali przychodzić na nabożeństwa. – Ludzie w Łodzi zaczynają się po prostu bać – mówi Symcha Keller. – Ja też nie czuję się bezpiecznie. Dlatego nie chcę, by moje zdjęcie pojawiło się w “Midraszu”. Nie chcę znaleźć się na liście osób potencjalnie “do odstrzału”.</p>
       <p xml:id="p-98">KRAKÓW – FESTIWAL BEZ ŻYDÓW</p>
       <p xml:id="p-99">Podobne jak w Łodzi emocje budzi w Krakowie groźba odzyskiwania przez Żydów ich własności, zwłaszcza na Kazimierzu. Na razie instytucji żydowskich czy zajmujących się sprawami żydowskimi jest tam stosunkowo niewiele, lecz wyraźnie rzucają się w oczy czynne synagogi Remu i Templum, muzeum, centrum kultury, klub młodzieżowy Fundacji Laudera, kilka kawiarni. Słychać głosy, że “Żydzi znów się rozpychają”, ale do aktów przemocy – jak dotąd – nie dochodzi. Poza Kazimierzem życie żydowskie jest uśpione. Klub TSKŻ na Sławkowskiej, czynny przez dwie godziny dziennie, odwiedza po kilka osób. Aktywnych członków Towarzystwo ma około trzydziestu. W synagodze jest minian co sobota, ale oprócz tego niewiele się dzieje. Nieco więcej ruchu jest w klubie młodzieżowym Fundacji Laudera, gdzie na wieczerze szabatowe przychodzi po kilkanaście osób. Tak jak wszędzie w Polsce, starsze pokolenie sceptycznie odnosi się do żydowskiego zaangażowania młodzieży, przychodzącej do klubu. W marcu do Krakowa przybył na stałe rabin Saša Pečarić, zatrudniony przez Fundację Laudera. Pochodzący z byłej Jugosławii Pečarić ma trzydzieści lat i wnet uzyska dyplom rabinacki – smicha – na ortodoksyjnym Yeshiva University w Nowym Jorku. Polskiego nauczył się podczas studiów w Pradze czeskiej. Jeśli zdobędzie zaufanie i gminy, i młodych, może uda mu się ożywić żydowskie życie Krakowa.</p>
       <p xml:id="p-100">Jedną z osób, które to życie tworzą już, jest Henryk Halkowski. “Nie ma Krakowa bez Halkowskiego, i Halkowskiego bez Krakowa”. Taką dedykację napisał mu na własnej książce Grigorij Kanowicz. Ale podczas gdy wielki żydowski pisarz z Wilna opuścił swoje miasto i mieszka dziś w Jerozolimie, Halkowski w Krakowie pozostał. – Tu żyje się jakby na wolniejszych obrotach, ma się czas na refleksję – wyjaśnia. – Taki polski sztetl. Swój sztetl Halkowski zna jak własną kieszeń. Chętnie oprowadza obcych po Kazimierzu, godzinami przesiaduje w “Arielu”, kawiarni artystycznej przy Szerokiej 17. Halkowski jest pisarzem i tłumaczem, wielkim znawcą myśli Abrahama Joshui Heschla. Pańska jest ziemia, zbiór esejów Heschla, w jego przekładzie i opracowaniu, ukazał się niedawno nakładem wydawnictwa Tikkun. Swą wiedzę o żydowskim Kazimierzu zmieścił dopiero na CD-romie. Zasypują go z zagranicy propozycjami nowych opracowań. Może by zredagował Who is Who in Jewish history? Albo chociaż zrobił korektę Atlasu historii Żydów? Halkowski nie ma czasu. Trzeba przecież jeszcze raz przejść się uliczkami Kazimierza, zajrzeć do Templum, posiedzieć w “Arielu”, poczytać Rosenzweiga. No i tyle własnych tekstów do napisania. Od lat jest podporą krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej. Właśnie skończył pracę nad sztuką o dzisiejszych Żydach Krakowa. Halkowski miał szczęście, którego historia poskąpiła wielu polskim Żydom. Miał dziadków, od których w sposób naturalny zaczerpnął i umiłowanie tradycji, i wiedzę żydowską, i całkiem niezachwiane poczucie swej żydowskiej tożsamości. Ośmiomiesięczny pobyt w Izraelu na początku lat 80. umocnił go jedynie, poszerzył horyzonty. – Zostało nam w Krakowie siedem synagog. Żydów jest za mało, by je zapełnić, ale kultura mogłaby w nich rozkwitać bez przeszkód – mówi. Na razie – podobnie jak w Lublinie – wielce aktywne są w Krakowie nie instytucje żydowskie, lecz te, które się Żydami zajmują. Ośrodek Badań nad Dziejami Żydów na UJ i Centrum Kultury Żydowskiej we wspaniale odnowionej byłej synagodze na Meiselsa to poważne i szanowane instytucje naukowe i popularyzatorskie. Ale od roku 1989 najważniejszą imprezą żydowską w Krakowie jest olśniewający Festiwal Kultury Żydowskiej, gromadzący co roku na Kazimierzu muzyków, plastyków, teatry i tysiące miłośników żydowskiej kultury. Wśród nich są zapewne i Żydzi, ale żydowskie instytucje w organizowaniu Festiwalu nie uczestniczą. W tym roku Festiwal będzie trwał od 29 czerwca do 6 lipca. Z powodu ogromnych trudności finansowych program, nawet we wstępnej wersji, nie został jeszcze ustalony – ma to nastąpić w najbliższym czasie. Izrael wycofał się z przyrzeczonego finansowania, co jest zadziwiające w świetle umów o współpracy kulturalnej z Polską, zwłaszcza między Krakowem i Jerozolimą, miastami bliźniaczymi. Realizacja Festiwalu jest jednym z głównych punktów tego porozumienia. Jedyną formą pomocy ze strony izraelskiej jest jak dotąd ufundowanie siedmiu biletów lotniczych dla artystów.</p>
       <p xml:id="p-101">Nie odbędzie się zapewne planowany wcześniej koncert izraelskiej piosenkarki Noa (Achinoam Nini). Nie jest też jasne, czy i jakiej pomocy udzieli miasto. Niektórzy radni prawicy są zdania, że fundusze przeznaczone na Festiwal lepiej byłoby przeznaczyć na obsługę papieskiej pielgrzymki. – Na pewno wystąpi chór synagogi Pod Białym Bocianem z Wrocławia i Cantores Cracoviensis z Krakowa – mówi Janusz Makuch, twórca i niestrudzony organizator Festiwali.</p>
       <p xml:id="p-102">Jak na kraj, w którym Żydów jakoby już nie ma, dzieje się w życiu żydowskim w Polsce zaskakująco wiele. Prawda, że w porównaniu z tym, ile działo się przed wojną, wszystko to jest jedynie cieniem. Ale polscy Żydzi nie są przecież tylko strażnikami przeszłości czy dogorywającą garstką. Budują życie żydowskie na własną miarę i według swoich możliwości. Pozwala im to z ostrożnym optymizmem patrzeć w przyszłość.</p>
       <p xml:id="p-103">Bilans otwarcia przygotował zespół “Midrasza” w składzie:</p>
       <p xml:id="p-104">Konstanty Gebert, Katarzyna Jutkiewicz, Krzysztof Korzonkowski, Małgorzata Lewinson, Marta Narocka, Agnieszka Nowakowska, Karolina Szykierska, Maciej Wełyczko.</p>
      </div>
     </body>
	 <back>
	  <div xml:id="div-2">
	   <p xml:id="p-105">Konstanty Gebert, Katarzyna Jutkiewicz, Krzysztof Korzonkowski, Małgorzata Lewinson, Marta Narocka, Agnieszka Nowakowska, Karolina Szykierska, Maciej Wełyczko.</p>
	  </div>
	 </back>
    </text>
    <text decls="#bibl-2" xml:id="text-2">
     <front>
      <docTitle>
       <titlePart type="main" xml:id="titlePart-2">Raport socjologa</titlePart>
      </docTitle>
	  <docAuthor>Paweł Śpiewak</docAuthor>
     </front>
     <body>
      <div type="article" xml:id="div-3">
       <p xml:id="p-106">Skrócona wersja wystąpienia na konferencji warszawskiej “Jaka będzie społeczność żydowska w Polsce za 10 lat?”</p>
       <p xml:id="p-107">“Żydzi polscy robią wrażenie grupy wymierającej, ale przecież nasz naród umiera już od dwóch tysięcy lat i jakoś nie umarł. Społeczność w Polsce jest zredukowana. Bardzo, bardzo zredukowana. Ale może się utrzyma. Całkiem niedawno przyszli do nas nowi, młodzi ludzie. Wydawało się, że odpadli od żydowskiego pnia, a jednak powrócili...” </p>
       <p xml:id="p-108">bł. p. Szymon Datner</p>
       <p xml:id="p-109">Ilu jest Żydów w Polsce? Oficjalne statystyki mówią o 3000. Są jednak tacy, co twierdzą, że w Polsce mieszka co najmniej 15 000 Żydów i osób “pochodzenia żydowskiego”. Wszelkie szacunki muszą jednak wyjść albo od pytania, kto jest Żydem, albo od określenia tożsamości żydowskiej. Czy Żydem jest więc ten, kto ma matkę Żydówkę, czy też i ten, co choć dwa razy do roku uczestniczy w jakichś żydowskich “wydarzeniach”, niekoniecznie religijnych? Tę kwestię pozostawiam nierozstrzygniętą. Nie będę też, rzecz jasna, rozstrzygał, która z trzech najczęściej pojawiających się odmian żydowskiej tożsamości jest prawdziwsza, lepsza lub pełniejsza. Spróbuję je tylko określić.</p>
       <p xml:id="p-110">Żydzi z urodzenia</p>
       <p xml:id="p-111">Pierwsza, spotykana najczęściej wśród osób starszych, to tożsamość dana niejako od urodzenia, wyniesiona z domu i zachowywana w jakimś stopniu przez całe życie. Wiele osób tej formacji uważa się za jedynych prawdziwych Żydów. Ze względu na wiek sądzą, że są ostatnim pokoleniem polskich Żydów. Tego rodzaju tożsamość nie ma naturalnych następców, jest obca młodszym. Jeżeli więc za polskiego Żyda będziemy uważać tylko tego, kto wyrósł z tradycji, kto w niej się urodził i nią żyje, to rzeczywiście możemy mówić o odchodzeniu polskiego żydostwa.</p>
       <p xml:id="p-112">Żydzi z wyboru</p>
       <p xml:id="p-113">Drugą grupę tworzą osoby, które albo na powrót odnalazły się w żydostwie, albo też właśnie w nie weszły. W ich przypadku mamy do czynienia z tożsamością odnalezioną, odkrytą, czasem wykreowaną. Są to ludzie młodego i średniego pokolenia, często z mieszanych małżeństw, nierzadko dzieci komunistów. Pochodzą z rodzin już nawet nie zasymilowanych, ale całkowicie spolszczonych, bez elementarnej nawet wiedzy o historii i kulturze Żydów. Znaczna ich część wychowywana była bez świadomości swego pochodzenia. Przechodzą przez trudny proces wykorzenienia z dawnych wiar, nawyków, zbiorowego samookreślenia i na nowo się zakorzeniają w innej tradycji, czy to religijnie, czy etnicznie pojętej.</p>
       <p xml:id="p-114">Młodsi nie są Żydami z naznaczenia czy z przymusu politycznego, ale są albo chcą być Żydami z własnego wyboru. W tej grupie żydowska tożsamość jest efektem samodzielnych poszukiwań, także pracy. Między nowymi a dawnymi panuje pewne napięcie. Dawni często nie chcą w nowych widzieć swoich spadkobierców lub po prostu nowego, nieco odmiennego już pokolenia polskich Żydów. Nie tylko nie uznają ich za swoich, ale czasem wręcz od nich się odgradzają. Gdy naczelny rabin Polski wygłasza w synagodze swoje drasze – komentarze – w języku jidysz, oznacza to, że nie jest zainteresowany osobami spoza kręgu tego języka, nie stara się podjąć z nimi jakiegokolwiek dialogu. Czasem starsi odmawiają nazywania młodszych Żydami, nazywają ich “Żydami od święta” albo wręcz gojami. Z kolei młodzi nie odnajdują w starszym pokoleniu swoich liderów, nie widzą też dla siebie miejsca w kontrolowanych przez nich instytucjach.</p>
       <p xml:id="p-115">Żydzi – nie-Żydzi</p>
       <p xml:id="p-116">Osobną formację stanowią osoby o jałowej tożsamości, a więc świadome swego żydowskiego pochodzenia, ale nie poczuwające się do przynależności do jakkolwiek rozumianego żydostwa. Bycie Żydem, o ile w ich przypadku w ogóle można o tym mówić, ogranicza się do obawy przed prześladowaniami. Osoby te zwykle czują się najlepiej pośród ludzi sobie podobnych, licząc nie tyle nawet na organizacyjną czy instytucjonalną ochronę, ile na tak ważne psychologiczne wsparcie. Nikt, nawet tajne archiwa, nie pomogą nam w ustaleniu, jak liczna jest grupa osób tak zwanego pochodzenia żydowskiego. Jest to jednak o tyle ważne, że z niej wywodzi się nowe pokolenie polskich Żydów.</p>
       <p xml:id="p-117">Pod ciśnieniem stereotypu</p>
       <p xml:id="p-118">Tożsamość jest nie tylko kwestią wychowania czy wyboru. Jak dobrze wiemy, jest ona też tworzona, narzucana, tak przez przyjaciół, jak przez wrogów. Antysemickie postawy deklaruje w Polsce 37 proc. społeczeństwa, a około 18 proc. można uznać za konsekwentnych antysemitów. Już samo publiczne przedstawienie siebie jako Żyda wymaga zatem głębokiej determinacji. Jest jakby nowym publicznym zaistnieniem, rodzajem wyboru siebie, który uruchamia zmianę wewnętrzną, ruch w stronę pogłębienia żydowskiej samoświadomości.</p>
       <p xml:id="p-119">Często też można spotkać się nie tyle z antysemityzmem, ile z potworną ignorancją i doskonale zmistyfikowanym obrazem Żyda i stosunków polsko-żydowskich czy chrześcijańsko-żydowskich. Ofiarami tej ignorancji są Polacy, ale również osoby na progu żydostwa. Wejście do środowiska żydowskiego jest przez nie przeżywane nie tylko jako odnalezienie nowych korzeni, nowych przyjaciół, nowej tożsamości, lecz również jako wejście do warownej twierdzy, otoczonej niechęcią czy nienawiścią.</p>
       <p xml:id="p-120">Ale antysemityzm i ignorancja to tylko jedna strona medalu. Druga to zafascynowanie kulturą żydowską. Można nawet mówić o modzie na żydostwo w młodszym pokoleniu inteligencji. Wejście do żydowskiego środowiska bywa traktowane jak przywilej, wstąpienie do elitarnego kręgu.</p>
       <p xml:id="p-121">Statystyki dotyczące liczby Żydów w Polsce są, muszą być, pochodną deklaracji, świadomego wyboru własnej tożsamości. Sądzę, że grupa Żydów starszego pokolenia jest nadal zdecydowanie liczniejsza. Druga dopiero się tworzy. Jednak – niezależnie od tego, co o tym myślimy – właśnie młodsi będą decydować o kształcie, charakterze, stylu polskiego żydostwa. A dzieci tych, którzy żydostwo wybrali, będą mogły na powrót czuć się Żydami z domu i mówić o tym bez lęku, ale też bez afektacji.</p>
       <p xml:id="p-122">Religijne minimum</p>
       <p xml:id="p-123">Świat żydowski jest mały i rozproszony. W dodatku wielu Żydów decyduje się na aliję (wyjazd do Izraela). Nie jest to oczywiście grupa tak duża jak w 1968 roku i wcześniej, dla tej społeczności jest ona jednak znacząca – rocznie opuszcza Polskę około 30 osób. Do roku 1989 działały w Polsce tylko trzy, koncesjonowane przez władze, instytucje świata żydowskiego: największa – Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego (od 1993 roku pod nazwą Zwiazek Gmin Wyznaniowych Żydowskich) oraz Stowarzyszenie “Żydowski Instytut Historyczny”. TSKŻ liczy oficjalnie około 3000 członków, ma 14 oddziałów terenowych. Dominują w nim ludzie urodzeni przed 1945 rokiem. Przykładowo: w Łodzi w 1994 roku na 208 członków 36 osób urodziło się po 1955 roku, a 38 – w latach 1945–1955; we Wrocławiu na 237 członków 30 jest urodzonych między 1945 a 1955 rokiem, a 19 – po 1955. Bardzo wolno odmładza się kierownictwo tej organizacji.</p>
       <p xml:id="p-124">TSKŻ podkreśla, że jest organizacją świecką. Wyrosło z tradycji i kultury polskich Żydów języka jidysz, tej tradycji czuje się strażnikiem i dla niej tworzy swoistego rodzaju enklawę. Związek Wyznaniowy od 1993 roku składa się z ośmiu gmin, ma około 2000 członków. Wszędzie ubywa zarówno członków, jak i domów modlitwy. Życie religijne członków gminy charakteryzuje, przy zachowaniu ortodoksyjnych form, swoistego rodzaju minimalizm. Mało kto konsekwentnie przestrzega koszerności, szabatu. Język hebrajski jest prawie nieznany. W ciągu ostatnich lat odbyły się tylko trzy śluby religijne, jedna bat micwa, z tego, co wiem, trzy uroczyste bar micwot. Frekwencja w synagogach wzrasta z okazji wielkich świąt: Jom Kipur, Rosz haSzana, Simchat Tora. Od roku zapala się świecznik chanukowy przed synagogą. </p>
       <p xml:id="p-125">Ożywienie</p>
       <p xml:id="p-126">Wolność przyniosła niezwykłe, jak na tak małą wspólnotę, ożywienie życia żydowskiego. Niezwykle ważną rolę w ożywieniu i poznawaniu judaizmu odgrywa działająca w Polsce od 1988 roku Fundacja Laudera. Fundacja posiada ośrodki edukacyjne i kluby młodzieżowe w Warszawie, Krakowie, Łodzi i we Wrocławiu. Organizuje obozy zimowe i letnie. Dzięki Fundacji uruchomione zostało przedszkole i pierwsza od kilkudziesięciu lat działająca w Warszawie szkoła Lauder Morasha. Z nowych organizacji należy też wymienić Stowarzyszenie “Dzieci Holocaustu”, Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej.</p>
       <p xml:id="p-127">Od 1994 roku działa Fundacja Forum Żydowskie (z jej inicjatywy powstał Żydowski Telefon Zaufania). Od czterech lat działalność edukacyjną i wychowawczą prowadzi Centrum Edukacyjno-Informacyjne Kultury Żydowskiej sponsorowane przez Joint. W seminariach organizowanych przez Centrum brało udział ponad 350 osób. W 1992 roku powołana została Polska Unia Studentów Żydowskich licząca około 150 członków. Działają ponadto: Fundacja SHALOM, Żydowska Komisja Charytatywna. Jest Komisja Porozumiewawcza Organizacji Żydowskich, wszelako nie posiada ona formalnego statusu. Co istotne, pojawiają się nowe czasopisma. </p>
       <p xml:id="p-128">Siła przyjaźni </p>
       <p xml:id="p-129">Czy tak mała i podzielona wspólnota potrzebuje aż tak wielu organizacji? Czy jest w stanie utrzymać je przy życiu? Społeczność żydowska jest zróżnicowana na wiele sposobów: pokoleniowo, przez stosunek do religii, sympatie polityczne, stan majątkowy, wykształcenie. Ma różne potrzeby i interesy. To naturalne, że szukają one odmiennych form wyrazu i różnych instytucji. Zagrożeniem dla tej społeczności nie jest pluralizm organizacyjny, połączony nawet z wzajemnymi nieufnościami i animozjami, ale przede wszystkim choroba wielu młodych demokracji: brak niezbędnego do funkcjonowania wszelkich organizacji “społecznego kapitału zaufania” oraz słabość przywództwa. </p>
       <p xml:id="p-130">Gdy mówię o “społecznym kapitale zaufania”, myślę o sieciach zaangażowania, które sprzyjają powstawaniu mocnych form wzajemności i pomocy. Najważniejsze moim zdaniem są nie tyle inwestycje kapitału finansowego, ale właśnie kapitału, jakim jest przyjaźń, zaufanie, gotowość współpracy, umiejętność zawierania kompromisów, dotrzymywania umów, bezinteresownego świadczenia różnego rodzaju posług członkom swojej wspólnoty. Wielość organizacji powinna zamieniać się w gęstniejącą sieć wzajemnej odpowiedzialności i traktowania losu tych instytucji jako dobra wspólnego.</p>
       <p xml:id="p-131">Myślę, że największym deficytem nowych ruchów jest właśnie słabość więzi i nikłe umiejętności współdziałania. Kluczem zaś do przyszłości polskich Żydów jest społeczna energia, jaką będą potrafili w sobie uruchomić. Dopiero wtedy, gdy kwestia tożsamości żydowskiej nowych generacji nabierze konkretnego wymiaru, okaże się, jakie miejsce zajmie opcja religijna, jaką rolę odegra więź etniczna i kulturowa.</p>
      </div>
     </body>
    </text>

   </group>
  </text>
 </TEI>
</teiCorpus>

